All pastes #459875 Raw Edit

Anonymous

public text v1 · immutable
#459875 ·published 2007-04-26 19:02 UTC
rendered paste body


Zza błękitnego paska zadań wychynęło słoneczko. Świt był już dawno, a ono wcale nie zamierzało pomóc monitorowi. Wpadło tylko pogadać, zresztą – na chwilę, bo niechcący zbudziło przeglądarkę. Ta, jak zwykle, ruszyła kursem pospiesznym do pewnego miasta, o którym zaraz będzie mowa. 
Jazda po neostradzie, do tego wózkiem niemowlęcym z rąbniętym kierowcą za kółkiem, jest doświadczeniem, którego inni uczestnicy ruchu drogowego na pewno nigdy nie zapomną. Szkoda, że on o tym nie wie... Za to jedno mu wychodzi z dziwnym powodzeniem – krzyk. Uwielbia drzeć się wniebogłosy, wychylając głowę za poręcz bezpieczeństwa i wygłaszając swoje opinie. Oczywistym jest dla niego, że ma rację, przecież to on ma wózek i trzęsie całym Internetem!  
Ale wróćmy do naszej tymczasowej bohaterki. Już na początku podróży wiedziała, że złym pomysłem była wycieczka do tak odległego miasta, jakim jest Torgobyl. Mogła przecież pojechać nad morze, poopalać się, upić lisią czapkę. Chociaż właściwie nie powinna. Lisie futro jest podobno łatwopalne. Z zamyślenia wyrwał ją nowy dźwięk, który krzyczał jakby głośniej od jej towarzysza.
-	Przepraszam! – krzyknęła prosto do ucha kierowcy.
-	Co? – odpowiedział odwracając się do niej tyłem. – Pani mówi po francusku?
-	Och, tak. Sora, ziom! Daleko jeszcze? 
-	No, od razu lepiej! Nie, już prawie jesteśmy! – odpowiedział demonstrując głosem crescendo, którego żaden ze śpiewających w słynnej na cały Internet operze by się nie powstydził. 

Krzyk powrócił, a wraz z nim oponent, którego przeglądarka natychmiast rozpoznała. Dość nowa rasa, ale powoli zalewająca wszystkie kontynenty – troll. Ten tutaj był wyjątkowo natrętny, rzucał keyloggerami z taką siłą, że lekko zarysował ten kosztowny materiał w misie, z którego wykonano wózek.
Nagle drogę zastąpił jakiś... człowiek! Co za rzadkość w tym świecie! Złapał pojazd trolla i zajrzał do środka. Po dłuższej chwili postawił trollowy środek lokomocji na ziemi i rzucił w niego bananem. Zapewne myślał, że to zakończy sprawę.
Niestety! Ten sposób już dawno przestał działać. Trolle wykształciły nową zdolność, klonowanie, które łączyło się ze zmianą charakteru kopii. Na szczęście Moderator, którego rozpoznała przeglądarka, miał więcej bananów.
Korzystając z okazji cichcem przejechali obok pobojowiska, gdzie nadal toczyła się zażarta walka, a Moderator wzywał na pomoc posiłki. W tym wypadku trzeba było ściągnąć kogoś z innym gatunkiem bananów w zapasie. Przeglądarka nie zdążyła jednak zobaczyć, kto wygrał starcie, bo oto minęli bramę Torgobyla, gdzie trzeba było się zarejestrować i przejść kontrolę celną. 
Do wózka podszedł nieco przygarbiony robot.
- Kolejni, ech? – zapytał jakby sam siebie.

Towarzysz przeglądarki przestał krzyczeć już zanim wjechali do miasta. Wystawił głowę spod kołderki i wpatrywał się w maszynę niepodobną do niczego, co dotychczas widział.

-	Czemu zawdzięczamy państwa wizytę? – spytał robot, ledwo klecąc słowa w zdania.
-	Ja i mój kierowca – tutaj wyciągnęła z kieszeni certyfikat przewoźnika, który dostała razem z biletem. – mamy zamiar spędzić w tym mieście trochę czasu.

Automat nic nie odpowiedział, tylko obracając się o sto osiemdziesiąt stopni, ruszył w stronę budki. Po chwili dał znak, że mogą jechać dalej. Kierowca wózka znowu siedział na dawnym miejscu, zaraz przy poręczy i mówił coś do siebie. Z wolna przemieszczali się w głąb miasta.
Podzielono je na kilka dzielnic, zapewne w celu utrzymania porządku. Ale to, co naprawdę rzucało się w oczy to mieszkańcy. 
Część z nich biegała z iście szatańską miną, pomieszaną z szaleńczym uśmiechem wypisanymi na twarzach. Dobiegłszy do granicy dzielnicy, w której się znajdowali, zatrzymywali się i zaczynali nucić jakąś melodię. Jakby tego było mało, wielu podejmowało temat i nucili razem. A piosenki były różne. Od odgłosów, które miały na celu naśladować głos upadających kropel deszczu do prawdziwych poematów, muzycznych dyskusji na przyziemne tematy. Jakby tego komuś było mało, wielu śpiewaków wykształciło własny styl, przez który Torgobyl był sławny. Właśnie w stronę grupki śpiewającej właśnie w taki sposób skierował wózek kierowca. Przeglądarka zapłaciła za przewóz i czym prędzej oddaliła się w stronę centrum miasta. 
Idąc mijała w pośpiechu żebraków, opowiadających niestworzone historie. Co dziwniejsze, słuchało ich wielu ludzi. Ale to, co już widziała było tylko swoistym preludium. Prawdziwym sercem miasta, z którego, jak ze źródła, rozchodziły się ulice i uliczki, był rynek. Na jednej z latarni wisiała tabliczka głosząca: Hyde park.
„Park! Wreszcie będę mogła odpocząć” – pomyślała nasza bohaterka.
Niestety, nie wiedziała na co się porywa i nieopatrznie wepchnęła się w sam środek. Nagle zrobiło się ciemno. Widocznie w tej części Internetu istnieją tylko dwie pory dnia. Część ludzi i żebracy schowało się do domów, ryglując drzwi. Jednak na placu centralnym, gdzie znajdowała się przeglądarka wcale nie ubyło tłumu. Wręcz przeciwnie. Za to w uliczkach zauważyć można było ludzi oblanych krwią. Tak pomyślała nasza bohaterka i ruszyła na pomoc najbliższemu. Nagle zauważyła, że krew wcale nie jest krwią, a jedynie czerwonym uniformem, a człowiek wymachuje energicznie miotłą. Zza pasa wystawało mu kilka bananów, a w ręku trzymał jakąś pieczątkę.

-	Przepraszam! – powiedziała, może trochę zbyt głośno przeglądarka.
-	Tak? W czym mogę pomóc? – odpowiedział, nie przerywając pracy człowiek. Kilka kropel potu spłynęło mu po twarzy i znalazło się na ustach.
-	Czy dziś jest jakiś festyn?
-	Festyn? – rozmówca przerwał zamiatanie i popatrzył na przeglądarkę ze zdziwieniem.
-	No, rynek...
-	A, to... Tam nie warto wchodzić. Czy pani sobie wyobraża, że oni załatwiają się w czasie „śpiewu”? Rano globalni muszą cały ten syf wrzucić na ciężarówkę i odesłać do utylizacji. Za każdym razem to samo!
-	Nie pomagacie im?
-	My? Nie wolno nam. Jakby wszyscy poszli sprzątać, to kto zadbałby o resztę miasta? Do tego te zamieszki... Trolle powoli zaczynają pozwalać sobie na więcej, a zieloni...

W tej chwili musiał przerwać, bo oto jeden z trolli skierował się w ich stronę. Położył rękę na bananie, najpierw jednak rzucił w stronę nadchodzącego pieczątką. Tamten przewrócił się, ale po chwili zaczął czołgać dalej tocząc pianę z pyska.

-	Epidemia... – powiedział dziwnie spokojny nowopoznany człowiek.

Przeglądarka znowu spojrzała w stronę napastnika, bo tak można było go nazwać. Tym razem trzeba było czegoś mocniejszego. Tak też się stało, w stronę trolla poleciała pieczątka połączona z bananem i trafiając w czaszkę na chwilę zatrzymała przeciwnika. Na chwilę, bo tak jak przewidywała, zaczął się klonować.
Nagle oryginał i kopia zniknęły.
-	Dobra nasza! – krzyknął człowiek w czerwonym mundurze.
To zza rogu wyłonił się inny, tym razem w zielonym ubraniu i z miotaczem bananów w ręku Moderator. Przeglądarka domyśliła się, że to ten „global”, o którym rozmawiali.

-	Azazel! – krzyknął z radością „czerwony”.
-	Paładni! Mówiłem, że zwykłe banany za szybko się rozkładają. Trzeba będzie kupić żelazne. – odpowiedział tamten.   
-	Pamiętaj, nadal nie zapomniałem tej sprawy z pierwszego kwietnia. Pierwszym bananem dostaniesz ty. Tak testowo, dla dobra miasta.
-	Zieloni są w zgodzie z naturą, banany się mnie nie imają. Za to w dynię wchodzą jak w masło...
-	Zakładając, że się nie ma zezezezeza...

Przeglądarka, przyglądając się rozmowie zauważyła, że tamci tak naprawdę są dobrymi przyjaciółmi. Nie do pomyślenia byłoby, gdyby zaczęli wojnę na owoce, które są tym, czego trolle nienawidzą. Zastawił więc napotkanych ludzi i skierowała w stronę ratusza. Tu, po wspięciu się na kilka wysokich schodów zauważyła, że ten budynek jest tak naprawdę halą. Ale lepszym słowem pewnie byłby „arsenał”. Za pudłami, w których znajdowała się pewnie amunicja i pieczątki, zauważyła kilku ludzi ubranych w żółte kombinezony. Kilku właśnie rozmawiało z przedstawicielami zielonych i czerwonych, a jeden, wyglądający na burmistrza kierował się właśnie w stronę drzwi z napisem: „tylko dla personelu, postronnym wstęp surowo wzbroniony”. Przeglądarka widząc, że nie ma sensu tutaj dłużej zostawać skierowała się do wyjścia.
Nagle znowu pojawiło się słońce. Na rynku działo się to, co poprzedniego dnia, ale tym razem wyraźniej wyróżniali się członkowie służb publicznych. Jakiś pijaczyna szamotał się kilkoma zielonymi, do czoła przylepiła mu się czerwona pieczątka.

-	Jak jeszcze tu jesteście... Hyp! To wynocha! Aaaa... jak was nie ma... Hyp! To wracajcie i walczcie!
-	Następny upity... Posty zawierają za dużo alkoholu, jak na mój gust!
-	Odejdźcie, przebrzydłe ptaszyska! Won!
-	Gdzie go zabieramy?
-	Wypuśćmy za miastem, musimy załatwić przecież jeszcze tych od wymuszeń...
-	Gdzie?! Zabierać skrzydła!

Tego już było za wiele. Przeglądarka zaczęła biec, zupełnie jak inni. Ale ona miała na twarzy inną minę. Chciała wolności! Dopiero po chwili zorientowała się gdzie jest. Brama miasta! Tutaj ludzie się zapisują datę wyjścia i wychodzą poza mury. Jak w więzieniu. Tylko... gdzie do cholery jest jej przewoźnik?
Co prawda w umowie nie było napisane, że wraca tak samo, jak się tu dostała.

-	Przecież by mnie nie zostawił... Prawda?
-	Widzisz, tak to już jest w Internecie. Jak tylko wydaje ci się, że ucieczka się powiodła dostajesz brutalnie w twarz. – jakby w odpowiedzi powiedział człowiek w brązowym mundurze. – Zapraszamy ponownie.
-	Gdzie ja pójdę?
-	Proponuję wziąć się w garść i usiąść gdzieś w rogu ulicy. Wielu ludzi chętnie posłucha twojej historii. – odpowiedział, otwierając z powrotem bramę.