All pastes #1822918 Raw Edit

Mine

public text v1 · immutable
#1822918 ·published 2010-03-04 18:31 UTC
rendered paste body
Drzwi otwarły się. Wszedł wysoki, chudy, przygarbiony oficer. Było w nim coś - nie bardzo potrafiłbym to na¬zwać - co sprawiało, że był jakby cywilem przebranym w mundur. Trzymał w ręku okulary, którymi zamłynkował szybko, stając o krok przede mną.
 - Pan do mnie?
 - Do pana Prandtla z Wydziału Szyfrów - odparłem, z lekka unosząc się z miejsca.
 - To ja. Jestem kapitanem. Proszę nie wstawać. Cho¬dzi o szyfry, tak?
Ta sylaba zabrzmiała jak skierowany we mnie wystrzał.
 - Tak, panie kapitanie...
 - Proszę nie tytułować. Herbaty?
 - Chętnie...
Podszedł do małych drzwiczek i z ręki, która się przez nie wysunęła, przyjął tackę z dwiema napełnionymi już szklanka¬mi. Postawił ją na stole i nałożył okulary. Twarz jego zebrała się wtedy w sobie, chuda, wyzywająca, wszystko ustawiło się w niej na wyjściowych pozycjach i znieruchomiało.
 - Co to jest szyfr? - rzucił. - Proszę mówić, co pan wie.
Jak gdyby bił w coś twardego metalicznym głosem.
 - To system znaków, który można przy pomocy klucza przełożyć na zwykły język.
 - Tak? A zapach róży, na przykład, jest szyfrem czy nie?
 - Nie, bo nie jest znakiem czegoś,  a tylko sobą, zapachem. Gdyby oznaczał coś innego, wtedy mógłby, jako symbol, stać się znakiem szyfru...
Odpowiadałem ożywiony, bo mogłem wykazać umiejęt¬ność sprawnego myślenia. Otyły oficer pochylił się w moją stronę, aż mundur na brzuchu, wezbrany tłuszczem, pofał¬dował się, grożąc wysadzeniem guzików. Nie zważałem nań, patrząc na Prandtla, który zdjął okulary, żeby nimi zakręcić, i twarz mu się rozproszyła.
 - A jak pan sądzi - czy róża pachnie tak sobie, czy w określonym celu?
 - No... może wabić zapachem pszczoły, które ją zapylą. Skinął głową.
 - Tak.  Przejdźmy do uogólnień.  Oko przekształca promień w nerwowy szyfr, który mózg odcyfrowuje jako światło. A sam promień? Nie zjawił się przecież znikąd. Wysłała go lampa albo gwiazda. Informacja o tym tkwi w jego strukturze. Można ją odczytać...
 - Jakiż to szyfr? - przerwałem mu. - Gwiazda ani lampa nie usiłują niczego ukryć, podczas gdy szyfr ukrywa swą treść przed niepowołanymi.
 - Tak?
 - To chyba oczywiste! Cała rzecz w intencji wysyłają¬cego wiadomość.
Urwałem, sięgając po herbatę. Pływała w niej mucha, której przed chwilą na pewno nie było. Czyżby wrzucił ją otyły oficer? Spojrzałem na niego. Dłubał w nosie. Wyłowi¬łem muchę łyżeczką i rzuciłem na spodek. Stuknęła. Do¬tknąłem jej. Była z wydmuchanego metalu.
 - W intencji? - powiedział Prandtl. Nałożył okulary. Gruby - - patrząc na mojego mentora, starałem się mieć go na oku - szperał, sapiąc, po kieszeniach, a twarz jego stawała się coraz bardziej rozmamłana. Podgardle miał jak balon. Budził wprost obrzydzenie.
 - Oto promień - ciągnął Prandtl. - Wysłała go jakaś gwiazda. Jaka? Wielka czy mała? Gorąca czy chłodna? Jaka jest jej historia, jaka przyszłość? Czy można dowiedzieć się tego z jej promienia?
 - Można, posiadając odpowiednią wiedzę.
 - A czym jest ta wiedza?
 - Czym jest?
 - Kluczem. Czy tak?
 - No... - ociągałem się z odpowiedzią - promień nie jest szyfrem.
 - Nie?
 - Nie, bo nikt nie ukrył w nim tych wiadomości, a zresztą, idąc po tej linii, dojdziemy do wniosku, że wszystko jest szyfrem.
 - I słusznie, mój panie. Wszystko, wszystko jest szyf¬rem - albo kamuflażem. Pan też.
 - Czy to żart?
 - Nie. To prawda.
 - Ja jestem szyfrem?
 - Tak. Albo kamuflażem. Mówiąc ściślej, relacja jest taka: każdy szyfr jest maską, kamuflażem, ale nie każda maska jest szyfrem.
 - Na szyfr mógłbym się ostatecznie zgodzić... - po¬wiedziałem,  dobierając ostrożnie  słów - chodzi panu zapewne o dziedziczność, o te maleńkie, własne wizerunki, które nosimy w każdej kropelce ciała, żeby pieczętować nimi potomków...  ale kamuflaż?  Co...  co mam z nim wspólnego?
 - Pan? Przepraszam - odparł Prandtl - ale to nie moja rzecz. Ja nie rozstrzygam pańskiej sprawy. To do mnie nie należy.
Podszedł do drzwiczek w ścianie. Z ręki, która się w nich ukazała - musiała to być ręka kobieca, bo zauważy¬łem lakierowane czerwono paznokcie - wyjął papierową wstążkę i podał mi ją.
„Zagrożenie manewrem oskrzydlającym - stop” - czytałem - „kierować posiłki w sektor VII - 19431 - stop - za kwatermistrza siódmej grupy operacyjnej Ganz-mirst płk dypl. - stop”.
 - Podniosłem głowę, odkładając strzęp taśmy, i nie¬znacznie pochyliłem się do przodu. W herbacie pływała druga mucha. Tłusty oficer musiał ją tam wrzucić, kiedy czytałem. Popatrzyłem na niego. Ziewał. Wyglądało to, jakby konał z rozdziawionymi ustami.
 - Co to jest? - spytał Prandtl. Głos jego dobiegł mnie z daleka. Otrząsnąłem się.
 - Jakaś rozszyfrowana depesza.
 - Nie. To szyfr, który trzeba dopiero rozłamać.
 - Przecież to jakaś tajna wiadomość?
 - Nie - ponownie zaprzeczył głową. - Kamuflowa¬nie szyfrów pod postacią wiadomości niewinnych, w rodza¬ju jakichś tam prywatnych listów czy wierszy, należy do przeszłości,  panie.  Każda  strona usiłuje  dziś  wywołać w drugiej wrażenie, że to, co wysyła, nie jest zaszyfrowane. Rozumie pan?
 - Do pewnego stopnia...
 - Pokażę panu teraz ten sam tekst, przepuszczony przez DESZ-a - tak nazywamy naszą maszynę.
Znów zbliżył się do drzwiczek, wyszarpnął z białych palców taśmę i wrócił z nią do stołu.
,,Baremisozyturia inpeklancybilistyczna matetosi się by kancepudroliwać ambrendafigianturelię nieodkocywra-cipośmajną” - odczytałem i spojrzałem na niego, nie kryjąc zdumienia.
 - To ma być rozszyfrowane? Uśmiechnął się pobłażliwie.
 - To drugi etap - wyjaśnił. - Szyfr został skonstruo¬wany tak, by rozłamanie go dało stek nonsensów. Miało to przekonać nas ostatecznie, że właściwa treść pierwotna depeszy nie była szyfrem, czyli że wiadomość leży na powierzchni i jest taka, jaką pan poprzednio odczytał.
 - W istocie natomiast?... - poddałem. Skinął głową.
 - Zaraz pan zobaczy. Przyniosę teraz tekst przepusz¬czony ponownie przez maszynę.
Papierowa taśma spłynęła z dłoni w kwadratowych drzwiczkach. W głębi poruszało się tam coś czerwonego. Prandtl zasłonił sobą otwór. Wziąłem taśmę, którą mi podał - była ciepła, nie wiem: od dotyku człowieka czy maszyny.
„Abruptywnie kancelerować derwiszów odnoszących barbimuchowe śniętopały przez turmańsk celeratywny wni¬kliwość wskazana”.
Taki był ów tekst. Potrząsnąłem głową.
 - Cóż pan z tym pocznie? - spytałem.
 - Tu ustaje już praca maszyny, a rozpoczyna się ludzka. Kruuh!! - krzyknął.
 - Noooo? - zastękał wyrwany z odrętwienia otyły oficer. Zamglonymi, błoną jakby przesłoniętymi oczami wpatrzył się w Prandtla, który cisnął mu w twarz:
 - Kancelerować!
 - Neeee - zabeczał gruby falsetem.
 - Derwiszów!
 - Beee! Deee!
 - Odnoszących!
 - Od... odpo... - stękał. Ślina ciągnęła mu się między wargami.
 - Barbimuchowe!
 - Wie... mm... muuu... sztucz... sztuczne m...m! m!!! Ha, ha, ha! ha, ha, ha! - gruby zaniósł się niepowstrzyma¬nym śmiechem, który przeszedł w rzężenie, okolona tłusz¬czem twarz posiniała mu, ze łzami, niknącymi w fałdach torbiastych policzków, łkał, łapiąc powietrze.
 - Dość! Kruuh! Dość!!! - huknął kapitan. - Po¬tknięcie - zwrócił się do mnie. - Fałszywa asocjacja. Zresztą prawie cały tekst już pan usłyszał.
 - Tekst? Jaki tekst?
 - „Nie będzie odpowiedzi”. To wszystko. Kruuh!! - podniósł głos. Otyły całym w mundur opiętym cielskiem trząsł się na krześle, uczepiony kiełbaskowatymi palcami stołu. Na okrzyk Prandtla ucichł, chwilę pojękiwał,  aż począł się gładzić obu rękami po twarzy, jakby pragnął się w ten sposób pocieszyć.
 - „Nie będzie odpowiedzi”? - powtórzyłem cicho. Zdawało mi się, że słowa te słyszałem niedawno, ale nie mogłem sobie przypomnieć, od kogo. - Treść raczej ską¬pa - podniosłem oczy na kapitana, którego usta, dotąd nieruchomo skrzywione, jak gdyby nieustannie smakował cienką gorycz, lekko się uśmiechnęły.
 - Gdybym pokazał panu ustęp bogatszy w treść, obaj moglibyśmy tego potem żałować. Zresztą i tak...
 - Co „i tak”?! - spytałem gwałtownie, jakby te lekko rzucone słowa otarły się o rzecz niesłychanie dla mnie ważną. Prandtl wzruszył ramionami.
 - Nic. Pokazałem panu fragment nowożytnego szyfru, niezbyt skomplikowanego zresztą. Był to szyfr użytkowy. Jako taki miał wielowarstwowy kamuflaż.
Mówił szybko, jakby chciał odwrócić moją uwagę od nie dokończonej aluzji. Pragnąłem wrócić do niej, otwiera¬łem już usta, ale powiedziałem tylko:
 - Mówił pan, ze wszystko jest szyfrem. To była tylko przenośnia?
 - Nie.
 - Więc każdy tekst?...
 - Tak.
 - A literacki?
 - Też. Proszę, może pan podejdzie...
Zbliżyliśmy się do drzwiczek. Zamiast następnego po¬koju, którego spodziewałem się, gdy je otworzył, ukazała się wypełniająca framugę ciemna płyta z małą klawiaturą; w środku widniał rodzaj obrzeżonej niklem szczeliny z wy¬stającym jak języczek węża końcem papierowej taśmy.
 - Proszę podać jakiś fragment utworu literackiego - zwrócił się do mnie Prandtl.
 - Może być... Szekspir?
 - Co pan chce.
 - I pan twierdzi, że jego dramaty - to zbiór zaszyfrowanych depesz?
 - To zależy od tego, co pan rozumie przez depeszę. Ale może zrobimy po prostu próbę? Słucham.
Spuściłem głowę. Przez dłuższą chwilę nie przychodzi¬ło mi na myśl nic poza okrzykiem Otella: „O, pupko ubóstwiana!” - ale cytat ten wydał mi się za krótki i nie¬stosowny.
 - Mam! - powiedziałem naraz, podnosząc oczy. - „Jeszcze me ucho stu słów nie wypiło z twych ust, a jednak głos ich tak mi znany, jestżeś Romeo? Mów!”
 - Dobrze.
Kapitan naciskał szybko tastry, wystukując podany cytat. Z podobnego do listownika otworu wychynął, poru¬szając się w powietrzu, papierowy wąż. Prandtl ujął go łagodnie i podał mi - trzymałem w palcach koniuszek, czekając cierpliwie; taśma wyłaniała się po centymetrze ze szpary i, napinając ją lekko, czułem wewnętrzne podrygi¬wanie mechanizmu, który ją przesuwał. Delikatne mrowie, przenoszone przez napięty pasek papieru, ustało nagle. Rozwijał się dalej, już pusty. Podniosłem wydrukowany tekst do oczu.
„Łaj dak Mat hews Łaj dak ręce bym i nogi mu podrobił ze sło dy czą nie ziem ską Mat hews ma cio ry odrośl Mat hews Math”
 - I cóż to jest? - spytałem, nie kryjąc zaskoczenia. Kapitan pokiwał głową.
 - Przypuszczam, że pisząc tę scenę, Szekspir żywił nieprzyjazne uczucia do osobnika nazwiskiem Mathews - i zaszyfrował je w tekście dramatu.
 - No, wie pan! Nigdy w to nie uwierzę! Innymi słowy, pakował umyślnie w ten cudny liryczny dialog karczemne wyzwiska pod adresem jakiegoś Mathewsa?
 - Któż mówi, że umyślnie? Szyfr to szyfr, bez względu na intencję, jaka przyświecała jego autorowi.
 - Czy pozwoli pan? - spytałem. Zbliżyłem się do klawiatury i sam wystukałem na niej tekst już rozszyfro¬wany. Taśma ruszyła, skręcając się w spirale. Zauważyłem osobliwy uśmieszek na wargach Prandtla, który się jednak nie odezwał.
„Gdy by mi dała faj ech faj faj gdy by mi ech faj da ła faj bia ła faj da ła faj ech gdy” - widniały schludnie zgrupowane sylabami litery.
 - Jakżeż to? - powiedziałem. - Co to jest?!
 - Następna warstwa. A czego pan oczekiwał? Doko¬paliśmy się głębszego jeszcze pokładu psychiki siedemnas¬towiecznego Anglika, nic nadto.
 - To nie może być! - zawołałem. - Więc ten cu¬downy wiersz - to futerał chowający w swym wnętrzu jakieś maciory, daj i faj?! I jeżeli włoży pan do swojej maszyny najszczytniejsze pomniki literatury, płody geniu¬szu ludzkiego, nieśmiertelne poematy, sagi - wyjdzie z te¬go bełkot?!
 - Bo też to jest bełkot, panie - odparł chłodno kapitan. - Dywersyjny bełkot. Sztuka, literatura, czy pan wie, do czego ona służy? Do odwracania uwagi!
 - Od czego?
 - Pan nie wie?
 - Nie...
 - Bardzo źle. Powinien pan wiedzieć. Co pan tu, w takim razie, robi?!
Milczałem. Z nieruchomą twarzą, na której skóra na¬pięła się jak namiot na ostrych głazach, rzekł cicho:
 - Rozłamany szyfr jest dalej  szyfrem.  Pod okiem fachowca złuszczy z siebie osłonę po osłonie. Jest niewyczerpalny. Nie ma kresu ani dna. Można zagłębiać się w jego warstwach coraz trudniej dostępnych, coraz głęb¬szych, ale to wędrówka nieskończona.
 - Jakżeż? A... „nie będzie odpowiedzi”? - uczepi¬łem się jego poprzednich słów. - Pokazał mi pan to zdanie jako rezultat ostateczny.
 - Nie. To etap. W ramach określonego przewodu - istot¬ny, ale tylko etap. Zastanowiwszy się, dojdzie pan tego sam.
 - Nie rozumiem.
 - Zrozumie pan w swoim czasie, ale i to będzie tylko następnym krokiem.
 - Czy nie może mi pan w tym pomóc?
 - Nie. Musi pan dojść tego sam. Każdy musi.